sobota, 17 maja 2008

na rozstaju dróg...

... ruda paskuda rozwiera swe uda

Stań mi, o proszę Cię, proszę Cię
Rań mnie, o proszę Cię, proszę Cię
Czy Ty to, Czy Ty to, Czy Ty to, Czy Ty to czujesz
Czy wąsa mu, czy wąsa mu umyjesz
Nie chce rodzić, chcę mieć wąsy i brodę
nie chcę rodzić, chce mieć owłosioną nogę

Ja dam sobie radę
rodziła, rodziła, rodziła, rodziła
wciąż jej było mało
a Ty
Czy Ty to, Czy Ty to, Czy Ty to czujesz
czy wąsa mu, czy wąsa mu umyjesz "


Jakieś wstrętne i amoralne koniunkcje muzyczne mi sie przypałętują, a chciałam tak jakoś dostojniej i z większą pompą. Bo faktycznie czuję się jak na rozstaju dróg. Konkretnie życiowych.

Bo czy wybrać to:

17 maj 2028, środa

41-letnia Kaya przeciąga się rozkosznie na łóżku wodnym i przewraca na drugą połowę, gdzie powinien spoczywać jej ogorzały farmer. No tak, jest południe, ogorzały farmer już dawno jest hen, hen stąd. Lekko sztywnym i niepewnym krokiem wstaje i wygląda przez okno. Gdzieś w oddali ich 50 hektarowego sadu widać czerwone Lamborghini F-Plus 55DT. To znaczy byłoby widać, Kaya to wie szóstym zmysłem, że tam jest, ale akurat te o kilka za dużo lampek szampana na pofetowanie podpisania umowy zaburza jej pole widzenia. Inną odmianą szóstego zmysłu wie, że mała zgraja łobuzów właśnie czai się pod drzwiami, by zaraz napaść i przyprawić o apopleksję zbyt długo śpiących, bo pracujących po nocach, nieszczęsnych ludzi. O, wy wredne paskudy, macie to po ogorzałym farmerze, cholerne geny.
Kaya, jednocześnie nasłuchując wzrastającego szumu za drzwiami, podchodzi do lustra i sprawdza sińce pod oczami. Cóż, przed ogorzałym farmerem niczego się nie ukryje, tłumaczenie, że 580 mln euro, że z prezydentem, że ten z tv, którego nazwiska nie pamięta, własnoręcznie polewał.. i tak sobie poburczy, że słyszał, o której wróciła (no patrz, a chrapał w najlepsze), a dzieciaki znowu poszły spać, jęcząc o buziak w czoło. A tyle ją parę lat temu namawiał do tego zajęcia. Że w pełni satysfakcjonujące, nienormowane godziny pracy, wszechstronność, dużo większa przydatność społeczna niż jakieś przerzucanie papierków. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Czasami czuje złość na ten mały światek, w którym bez znajomości, mizdrzenia się i pokątnego załatwiania nie utrzymasz się na powierzchni. A cały ten splendor, gale, konferencje, naukowe zjazdy, nawet nadające czasem powera uliczne happeningi, giną w obliczu tej nieprzewidywalności jutra, tego, że twój projekt uwalą z powodu pomyłki w jednej cyferce.. A tak stara się zachować tę pseudo niezależność finansową, chociaż jej wkład we wspólne wydatki jest tak rozpaczliwie mały.. Co i teściowe i właśni rodzice nieodmiennie wytykają, narzekając na zmarnowanie 2 fakultetów. Nie ma przeproś, Kayu, trzeba obciąć te quasi młodzieżowe długie włosy i pomyśleć o czymś dającym stabilność. A na razie o zakneblowaniu tej czeredy za drzwiami, westchnęła, odgarniając siwiejące włosy...

Czy to:

17 maj 2028, środa

"Za równe 4 tygodnie moje 42 urodziny. Które spędzę z moimi sześciesięcioparoletnimi rodzicami w ich domu pełnym śmieci i huczącym od zbyt głośno nastawionego telewizora i wiecznego gadania mamy" - pomyślała Kaya, zataczając się od przyspieszenia i siadając na wolnym siedzeniu wiekowego busika, który wesoło popyrkując, żółwim tempem jechał do Lublina. Zdążyła jeszcze poprawić i otrzepać z niewidzialnych pyłków prostą, beżową spódnicę do pół łydki i zapadła w bardzo-ważne-papiery-które-muszą-być-przejrzane. Kaya z misją zbawiania świata, od 7.30 do 15.30. Pokój nr 112, proszę pukać.
Nie liczyła już nawet na zmiany w swoim życiu. Dotrwa do emerytury, a wtedy kupi sobie za ciułaną latami pensyjkę domek w Bieszczadach, z dala od l-wskich potworów. A paradoksalnie, idąc tu do pracy, liczyła na tak potrzebną w życiu stabilizację, stabilizację, którą, powiedzmy sobie szczerze, rzyga po 20 latach obijania się, a 15 ciągłej samotności i funkcjonowania jako panna Karolina, ekspert od funduszy, prawa ręka dyrektora, stara panna z ciasno splecionym koczkiem i rączkami na podołku. Tak, panie dyrektorze, wszystko już gotowe. Usta w ciup, złe myśli precz. Stuk, stuk, stukają starodawne pantofelki panny Karoliny po kocich łbach na zrewitalizowanej Lubartowskiej, mijając witryny najlepszych butików. To rzecz jasna zasługa obecnej ekipy, ta rewitalizacja, no i trochę też jej, choćby przez dłubaninę po nocach nad wnioskami. Stuk, stuk, po schodach do Ratusza, dzień dobry, panie Władziu, jak zdrowie szanownej małżonki, stuk, stuk, już w swoim biurze, włosy przygładzić, okulary poprawić, papiery w równiutkim rządku, ołówki na sztorc i już można zbawiać świat.

0 komentarze: